Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kacye smutne były, ciasne, a mebli było jeno tyle, ile najniezbędniej potrzeba. Nie mieli też służącej i nie przyjmowali u siebie.
— Jakże pan chcesz — mówiła pani Robin — byśmy zmuszali naszych przyjaciół do duszenia się w takim kurniku?... Ach, gdy będziemy mieli już mieszkanie przyzwoite, gdy sprowadzimy meble!... Ach wtedy!...
Te kropki po wykrzyku, spojrzenia, chwianie głową, kryły w sobie tysiące obietnic, wizyj, uczt bez końca, obiadów nieprawdopodobnie wystawnych, o których żaden z mieszkańców miasteczka ni wyobrażenia mieć nie mógł. W owych wyrazach: »gdy sprowadzimy nasze meble« wypowiadanych głosem tajemniczym, kuszącym, drgały tęczowe barwy i połyski oślepiające kryształów, sreber, porcelany, czerwieniły się rubiny win najrzadszych, krążyły dania najsmakowitsze, piętrzyły się wonne gmachy biszkoktów i nugatu, zwieszały się z naczyń krystalicznych kiście winogron, woniały złote owoce. Mieszkańcy Viantais mawiali:
— Ach ci Robinowie... zdaje się, że nikt tak przyjmować nie umie, jak oni.. Co też to będzie, gdy sprowadzą swe meble...
Radzono się ich też w kwestyach etykiety, informowano »co wypada«, a co »nie wypada«, dopytywano się o symboliczne znaczenie deseru, co jest sprawą ważną i interesującą. Ilekroć przychodzili do nas na obiad pan Robin wykrzykiwał: