Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszystkiego co młode, piękne i żywe, nienawidziła zaś szczególnie mnie, za to, iż miałem rumiane policzki, silne, zdrowe członki i że zdrowa, gorąca krew pulsowała we mnie. Zdawało jej się, że okradłem z tego wszystkiego jej syna i czyniła mnie odpowiedzialnym za swój zawód i cierpienie. Czasem deptała mię po nogach, a gdy ból wyciskał mi łzy z oczu, z najwyższą czułością przepraszała mnie za swą nieuwagę i obłudnie pieściła. Ile razy znalazła się ze mną sam na sam biła mnie po twarzy, kopała ile wlazło i okładała pięściami. Często ukradkiem, w kącie szczypała mnie po rękach i nogach do krwi, mówiąc równocześnie miodowym głosem: — Co za słodkie, anielskie dziecko! Jaki on śliczny!... — A po jej zawiędłych, ściągniętych nienawiścią wargach przewijał się straszny grymas wstrętu. Jednej niedzieli, gdyśmy podczas przechadzki szli grzbietem wysokiego nasypu, niepostrzeżonym ciosem łokcia strąciła mnie na dół, i wydobyto mnie z podrapanemi o ciernie do krwi rękami i twarzą, z całem ciałem okrytem sińcami. Nie skarżyłem się rodzicom, bo bałem się jeszcze gorszego prześladowania. Pani Robin wyrażała się o mnie zawsze z niewysłowioną słodyczą i podziwem, a matka kochała ją tem mocniej za to przywiązanie do mnie.
— No Albercie, bądź grzeczny dla pani Robin... ona taka dobra dla ciebie!
Do rozpaczy doprowadzały mnie te, ustawicznie