Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie cierpiałem jej, gdyż nieraz dała mi się we znaki jej złośliwość. Pani Robin miała dwu synów. Jeden z nich, chłopak dwudziestotrzechletni służył wojskowo w Afryce. Unikano wzmianek o nim i nie przyjeżdżał nigdy do Viantais. Drugi, Jerzy, dwa lata młodszy odemnie, był biedną chorowitą, ułomną istotą. Matka nie pokazywała go prawie nigdy, wstydząc się jego pomarszczonej twarzyczki, małych, krzywych nóżek i wogóle słabowitego, wątłego dziecięcia, które za prędko na świat przyszło. W porównaniu do niego byłem piękny, zdrowy, silny i miałem tyle przewag nad biednym Jerzym, że czułem, iż mógłbym go serdecznie pokochać. Łagodny był, dobry i zrezygnowany. Radbym był mieć go za codziennego towarzysza zabaw, szczęśliwy czułbym się, mogąc ochraniać go i siłę swą oddać na usługi jego słabości. I on tego pragnął, widniało to z jego błagalnego wzroku, w który wkładał całą swą duszę trwożną, pełną skarg, wzroku więźnia łaknącego słońca i wolności. Zdawało się, jakby z tęsknotą spozierał przez szyby na polatujące ptaki, spragniony, by go na skrzydłach uniosły w bezmiary światłości i swobody... A pomiędzy nami stała zazdrośnie pani Robin, rzucając czarny cień swej długiej, sztywnej postaci, szorstkiej i kańciastej jak mur kamienny. Nie dopuszczała, by nas widziano razem, gdyż to podkreślało jeszcze bardziej brzydotę jej syna. Jako matka zarazem i jako kobieta czuła nienawiść do