Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ucha do ucha. Mały był, gruby, miał twarz żółtą, otoczoną ramką powichrzonych, szpakowatych włosów, wydatny brzuch i kosmate ręce. Pozostała mu nawyczka wielkomiejskiego urzędnika, który dźwigał długo akty pod pachą i biegał z nimi po archiwach i trybunałach. Nosił zawsze cylinder, długi surdut z czarnego kaszmiru, białą krawatkę i... kalosze. Jedyna to była rzecz na którą zgodzić się musiał ze względów lokalnych. Nie wnikając w historyczne dowody, przypisywano mu nieprzedajność wprost barbarzyńską: — Stary Rzymianin — mówiono o panu Robin, choć w przeddzień rozpraw widywano chłopów wchodzących do jego domu z koszykami wychanymi drobiem i zwierzyną. Koszyki wracały puste, wypróżniła je snać swada jurydyczna pana Robin. Nawet przeciwnicy polityczni skłaniali głowy przed jego niezależnością i dostojnością, mimo, że ich skazywał zawsze z zasady na najwyższe kary, ilekroć trafiło im się nieszczęście stawania przed kratkami sądowemi. W reszcie żaden z profesorów prawa nie był tak biegły w kodeksie cywilnym. Pan Robin umiał na pamięć wyliczyć wszystkie jego paragrafy, w niezmąconym i nienaruszalnym porządku. Przynajmniej chełpił się tą nieprawdopodobną sztuką i choć zazwyczaj bardzo wstrzemięźliwy, w tym względzie nie znał granic i proponował szalone zakłady każdemu kto chciał i nie chciał, co wszystko razem wzięte zjednało mu