Strona:Oświęcim - pamiętnik więźnia.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


/ nieraz zachwycali się hitlerowskim dorobkiem wychowawczym! Może teraz rzeczywistość ponurej okupacji z tą całą gangreną, jaka się w Niemczech ujawnia, otworzyła oczy tym zaślepionym ludziom!...

— — —

Sama nazwa internowanych — ”Schutzhäftling” — oznacza, że są to ludzie pozbawieni wolności w trybie ochronnym, zapobiegawczym, izolowani, by nie popełnili przestępstw! Większości nie tylko nie udowodniono popełnionego przestępstwa, ale ze sposobów aresztowania wynika, że większość nie bywa ani przesłuchiwana, ani badana. Wśród internowanych przeważa wiek ”męski” — pomiędzy 25 a 45 laty, ale nie brak starców ponad lat 60 i chłopców nieletnich.
Dla tych ostatnich /niżej 18-tu lat/ jest odrębny blok i mają tam oni podobno nieco odmienne, lepsze warunki: parę godzin ”nauki” czy też szkolenia w duchu hitlerowskim, nauczanie języka niemieckiego, mniej pracy i niema bardzo ciężkiej, zato zamęczają ”gimnastyką”. Początkowo obiecywano im po krótkim pobycie w obozie wyjazd do Rzeszy, do fabryk i gospodarstw, później o tym zamilkło. Zresztą o bloku młodocianych brak szczegółów i brak wszelkiego z nimi kontaktu.

— — —

Najstraszniejszy jest okres ”rekrucki”, czyli t. zw. kwarantanna. Bo w tym okresie obozowa straż ”przysposabia” nas do obozowego życia, przyucza do naszych obowiązków i do swych wymagań; my zaś — jeszcze nic nie wiemy, nie umiemy poruszać się w ramach tego ”ładu”, nie potrafimy przewidzieć nic, zapobiec ani się zabezpieczyć. Jesteśmy w tym okresie tak straszliwie bezradni, bo brak nam tego obozowego doświadczenia, które później — choć życie nie przestaje być męką — pozwala jednakna jakie takie ”ochronne” przystosowanie, na wymijanie się z niektórymi przynajmniej konfliktami, starciami, pewną ilością ciosów — a więc jednak cokolwiek nas oszczędza. Pozatym w okresie kwarantanny świeżość doznawanych wrażeń jest tak straszliwa, wrażenia te zaś są tak nieludzkie, że się prawie nie wychodzi ze stanu oszołomienia, pół-przytomności. No i twarze! twarze internowanych, współtowarzyszy! Po miesiącach oko się już przyzwyczai; innych twarzy się nie widzi; dużo umyka już szczegółów naszej uwadze. Ale w pierwszych dniach! Te oczy, oczy więźniów! Zamagazynowano w nich cierpienie: codzienne, nieprzerwane, niewygasające. U niektórych — spłoszenie, lęk, niby jakaś ciągła drgawka: to słabi, mniej odporni. U innych — prócz cierpienia — zaciętość: wytrzymać, nie dać się. Ale każda twarz jest napiętnowana; taka, jakiej się w życiu nie spotyka. Inne ludzkie twarze. A do siebie — podobne! W pierwszych tygodniach, ja naprzykład, nie umiałem rozróżniać, rozpoznawać ludzi. Mieszali mi się ze sobą, jakoś łączyli, zdawali się bezosobowi. Nawet Jacka, z którym dzieliłem siennik i bardzo się zaprzyjaźniłem, potrafiłem po dwu tygodniach jeszcze zagabnąć niby kogo innego, obcego. Zdarzyło się tak raz i dwa, aż za trzecim razem — było to podczas wydawania obiadu — Jacek przytrzymał mnie za przegub ręki i powiedział ostro: ”Ty! żebyś uważał na siebie brachu!... Nie chcesz być fijoł? Bo z tym twoim myleniem ludzi, to nie dobrze!... To nerwy, bierz się w garść!” Ale Jacek, to był batdzo mocny chłopak, odporna, zdrowa natura. Nie żyje już dawno, zabili go. — Zginął mniej więcej w kwartał po moim /i własnym/ przybyciu.
Powracam do okresu kwarantanny. Bicie! mój Boże! Bicie nieustające, w każdej chwili, powszechne, wszystkich i każdego. To oczywiście było najstraszniejsze, nowe, dzikie. I potem w dalszych miesiącach, bicie nie znikało ani na jeden dzień. Biła straż niemiecka, bili ”capowie” i Niemcy i nie-Niemcy, bijali, ciężko bijali, starsi sztub i bloków, o wstydzie, czasem — Polacy. Ale po pewnym czasie każdy z nas potrafił już rozpoznać się w pewnych sekretach, odmianach, prawach tego bestialskiego obtłukiwania ludzi. Rozpoznawaliśmy i znaliśmy już bijących. Wiedzieliśmy, który z nich jak bije, — trzeba powiedzieć — jak lubi bić; kiedy bije, z jakiego powodu, w jakich okolicznościach itp. Bicie więźniów układało się już jakby w jakieś ramy; coś bywało do przewidzenia, jeśli nie zdarzyły się nowe, nieprzewidziane okoliczności. Podczas gdy w okresie rekruckim wszystko to razem zlewało się w jakąś potworną ciągłość bicia, chlastania po policzkach, kopania butami i czułem się bity bodaj wtedy też, kiedy mój policzek nie został jednak zaczepiony... Bity, bo tuż-obok mnie, albo przez jednego — chlastano kogoś po twarzy... Bity, bo każdej sekundy mogło mnie to spotkać i w istocie często spotykało... Zdawało mi się nawet, że wpadam pod tym względem w histerję i spytałem Jacka — /dla samej kontroli/ — czy w nim aby też się tak odzywa to bicie innych, obok, w naszej obecności. Nawiązując do jego uwag, powiedziałem, że nie chciałbym tu zwarjować. Rozmawialiśmy późno wieczorem, w tych skąpych krótkich chwilach, kiedy mogliśmy być sani: po zamknięciu nas na noc. Większość naszych kolegów spała już kamiennym snem.
Jacek usiadł na sienniku, temat ten go poruszył.
”Nie, to nie fijoł” — odparł żywo. ”To coś takiego jest. Ja naprzykład, jak wczoraj temu starszemu tak nawalili po twarzy, z obydwuch stron, po kilka razy, — to wiesz, co