Strona:Noc letnia.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

do kościoła, rzekł dziwnie zaklinającym głosem: «Nie daj się uwieść tym, którzy chcą zgubić duszę twoją i wymazać imie twoje z rzędu słów zacnych na ziemi. — Pamiętaj że cokolwiek ujrzysz téj nocy jest piekieł złudzeniem.» — I położywszy dłonie na sercu młodzieńca: «Ojcze niebieski! zawołał, zlituj się nad nim i nademną; bo jeśli on téj okropnéj próby nie wytrzyma, ty wiesz, że ja sam jeden zostanę na świecie.» — Po tych słowach każden z nich różną poszedł drogą. —
Teraz już ciemna noc była w oném wielkiém mieście. — Mnogie po ulicach ruszały się tłumy, wszystkie w stronę jedną, kędy światło tysiącznych lamp wołało do zamku brzmiącego wrzawą muzyki i tańców. — Po wschodach miedzianych wiodących w górne komnaty, wspinają się młodzi i starzy, męże i niewiasty; wszyscy spiesznie, chciwie, jakby szli do nieba. — Powoli mijają godziny nocy, dłuższe niż wszystkie poprzedzające dnia tego a o którejś z nich ujrzałem młodzieńca na owych wschodach, z daleko