Strona:Noc letnia.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niebieski! tyś zdradził nas! Tyś wydał nas piekłu bo Święta nasza skonała.» — Ale przewodnik odegrzmiał im z oddali: «Nie bluźńcie, bo Święta wasza oddycha jeszcze. — Widzę ją! śpi w trumnie ostatniéj na zamarzłém wzgórzu — za niém już niemasz siódmego, tylko jedno jest zmartwychwstanie.» — A ryk Duchów wołających opadł i przerzucił się w szmer cichy i słodki jak początek nadziei! —
Wtedy spostrzegł młodzieniec niedojrzane dotąd za trumną obszary. — Tam pałał blask jutrzenki na błękicie bez końca; ztamtąd było słychać szczęk, jeszcze nienarodzonych bitew i pieśń zwycięztwa. — Lecz zorza przez chwilę tylko jaśniała, chrzęst przez chwilę tylko dzwonił, milczenie i zmierzch i zimno wróciły. — Czas już odejść. — Oba wstąpili na wzgórze, pochylili czoła i usta na stopach postaci złożyli i z pod śniegu słabiuchny oddech ust jéj zasłyszeli. — Potem tąż samą widziałem jak wracali drogą, strasznemi wiążąc się przysięgi. —
A starszy żegnając młodszego u wnijścia