Strona:Nietzsche - Tako rzecze Zaratustra.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jest, będzie nią snać ten brak trwogi przed wszelkim zakazem.
Wraz z tobą burzyłem to wszystko, co kiedykolwiek me serce czciło, obalałem wszystkie kamienie rubieżne i posągi, ubiegałem się za najniebezpieczniejszemi pragnieniami, — zaprawdę, poprzez wszelaki występek przeskakiwałem ja niegdyś.
Wraz z tobą oduczyłem się wiary w wielkie słowa, wartości i imiona. Gdy djabeł linieje, czyż nie odpada wówczas i jego imię? I ono jest również wyliną. I djabeł sam jest może — naskórkiem.
„Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone“, — tak oto przekonywałem siebie. W najchłodniejsze wody rzucałem się głową i sercem. Och, jakże często wystawałem potem nagi, jak rak czerwony!
Och, dokądże pierzchło wszelkie dobro, wszelki wstyd, wszystka wiara w dobrych! Och, gdzież się zapodziała owa zakłamana niewinność, jaką niegdyś posiadałem, niewinność dobrych i ich szlachetne kłamstwa!
Zbyt często, zaprawdę, prawdzie na pięty następowałem: i oto zwracała się nagle, uderzałem w nią głową. Nieraz zdawało mi się, iż kłamię, lecz oto, wtedy dopiero utrafiałem — prawdę.
Zbyt wiele wyjaśniło mi się: obecnie nic już mnie nie obchodzi. Nie żyje już nic, cobym kochał, — jakżebym miał samego siebie jeszcze kochać?
„Żyć wedle swych chęci, lub wcale nie żyć“: tego pragnę, nawet najświętszy człowiek takie ma pragnienie. Lecz, biada mi! skądże wezmę jeszcze — chęci?
Mamże ja — jeszcze cel? Mamże ja przystań, do której mój żagiel wiedzie?
Mamże ja pomyślne wiatry? Och, ten tylko, który wie, dokąd żegluje, wie zarazem, który wiatr jest dobry i dla jego żeglugi pomyślny.