Strona:Nietzsche - Tako rzecze Zaratustra.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz pytam ja was: gdzież byli gorsi na świecie rabusie i zabójcy, niż te słowa święte?
Czyż wszelkie życie nie jest samo przez się — rozbojem i zabójstwem? A gdy słowa powyższe uświęcono, czy tem samem prawdaostała — zabita?
Lub byłoż to może kaznodziejstwo śmierci, uświęcające wszystko, co życiu przeczyło, od życia odmawiało?
— O, bracia moi, łamcież mi, łamcie stare tablice!

11

Tem jest me współczucie dla wszelkiej przeszłości, iż oto widzę: na pastwę oddana jest ona, —
— na pastwę łaski, ducha i urojeń pokoleń następnych, które wszystko „co było“ na most swój przetwarzają!
Wielki przemocny władca nastaćby mógł niecnotą przemyślny, któryby swą łaską i niełaską wszelką przeszłość przemógł i zmógł, póki jego mostem nie stałaby się ona, jego zwiastowaniem, heroldem i koguta pianiem.
Lecz oto drugie niebezpieczeństwo i wtóra litość moja: — kto z motłochu jest, tego myśli sięgają wstecz do dziada, — a z dziadem i czas nawet się kończy.
I tak oto wszelka przeszłość na łup jest wydana: gdyż zdarzyć się może kiedyś, że motłoch panem się stanie, i w płytkich wodach zatopi wszelki czas.
Przeto, o bracia moi, nowego potrzeba szlachectwa, które wszelkiemu motłochowi i wszelkim przemocom — władnym przeciwnikiem będzie i na nowych tablicach wypisze słowo „szlachetnie“.
Wielu szlachetnych potrzeba i wielorakich szlachetnych, aby szlachta była! Lub, jak to już niegdyś w przypowieści rzekłem: „To właśnie jest boskością, że są bogowie, a Boga niema!“