Strona:Moi znajomi.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pniach wzniesienia. — Gdzieżbym ja komu... Sama rodziła, sama i na śmierć ułożę...
Nie mogła wszakże wejść. Czy sił jej nagle zabrakło, czy chwiejące się stopnie dostatecznej nie dawały podpory, że nie mogła.
— Kazia!... Kazia... prowadź! — rzekła zmienionym głosem.
Dziewczynka podbiegła i wpół objęła starą.
— Tu babusiu, tu... — mówiła, kierując rękami ślepej. Tu... o tu, głowa...
— Dalej, kładź pani prędzej, masz pani kłaść! — wołał niecierpliwie posługacz.
Stara kobieta zdawała go się nie słyszeć. Kij puściła na ziemię, a wsunąwszy wyschłe ręce w trumnę, zaścielała poomacku ostatnie dla syna posłanie.
— Szpitalnego pochowu się bałeś — mruczała półgłosem — a ot tobie, synku, własny pochów, nie szpitalny... Nie pójdziesz do wspólnego dołu, nie bój się, nie... Trumnę własną masz, płatną, nie borgowaną; pokładne zapłacone. Na dwadzieścia lat, synku, komorne w poświęcanej ziemi... Karawan masz, cztery świece masz, wszystko masz. Piętnaście rubli wydałam, synku... Dla ciebie, nie dla siebie. Dla siebie nic nie schowałam, nic, synku! Jak ty wpierw, tak co mnie po tem?