Strona:Maurycy Jókai - Papuga.djvu/13

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    — 7 —

    — Mów dalej.
    — Gdy pani chciała jechać z nim do świętego zdroju, dokąd codziennie się udaje...
    — We dwoje?
    — Nie. Jaśnie pani zwykle brała z sobą Lori.
    — To jest papugę?
    — Tak. Masztalerz pani upił się, więc ja podprowadziłem konia, ale że on nie przywykł do mnie, więc rzucał się jak wściekły. W chwili, gdy pani włożyła nogę w strzemię, koń skoczył i noga pani zsunęła się. Za to pani uderzyła mnie szpicrutą.
    — I to nieprawda. Znowu skłamałeś. Moja żona za takie bagatelne rzeczy nie bije. Mów mi zaraz prawdę.
    — Dobrze, skoro pan każe. Gdy noga pani ześlizgnęła się na ziemię, to suknia zaczepiła się o siodło, a ja zobaczywszy odkryte kolano, uśmiechnąłem się. Pani za to mnie uderzyła.
    — Tak? A czy kolano miała białe?
    — O nie, różowe.
    — Teraz powiedziałeś prawdę, wynagrodzę cię więc za to.
    Wziął w lewą rękę sztukę złota, prawą zaś wyciągnął otwartą.
    — Którą chcesz rękę? wybieraj! W lewej mam sztukę złota, a prawa pusta. Komu ofiaruję prawą, tego uważam za przyjaciela.
    Dalmatyniec uśmiechnął się chytrze. Ręka ze sztuką złota pociągała go więcej niż pusta, ale gdyby ją wybrał, poznanoby że skłamał i nie uwierzonoby mu.
    — Mam dwie ręce na to, aby obie przyjąć.
    — Sprytny jesteś — rzekł pan Sebastjan, zadowolony z tak dowcipnego rozwiązania trudności i podał służącemu nietylko sztukę złota, lecz i rękę prawą. — Teraz widzę, że nie kłamiesz. Tak być powinno.