Strona:Maurycy Jókai - Papuga.djvu/11

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    — 5 —

    warkocze, opasywała górną część czoła i wierzch głowy. Do tego usta na pół otwarte, jak gdyby nie dosyć, że same oczy zdawały się przemawiać. Za temi dwoma obrazami były już puste miejsca, które pomysłowy malarz pokojowy wypełnił scenami alegorycznemi.
    Pan Sebastjan często przechadza się po tej sali, za każdym razem zatrzymuje się przed obrazami, wstrząsa głową i idzie dalej. Stamtąd udaje się do zbrojowni, a raczej do muzeum rogów jelenich, łbów dzików i skór różnych zwierząt, między któremi znajdują się trofea złożone i przez niego, nie wyrównywające przecież w rozmiarach pozostawionym przez przodków. Zdawałoby się, że najpiękniejsze okazy tych zwierząt zatracone już zostały. Od niejakiego jednak czasu opowiadają, iż zjawił się w lasach król jeleni, przewodzący całem stadem, i nadano mu nawet imię „Sardanapal.“ Parę lat uganiają się już za nim i nie mogą go ująć. Z tuzin psów rozszarpał już swemi rogami. Raz wpadł nawet na obławę, lecz rzucił się z całem stadem na łańcuch ludzi, przerwał go, wielu myśliwych stratował, następnie dopadłszy do nadłowczego, pochwycił go na swe potężne rogi i pędził z nim przez gąszcze i błota, dopóki pas rzemienny, o który zaczepiły się odnogi rogów, nie pękł, i ogłuszony myśliwy nie padł na ziemię.
    Pan Sebastjan bardzo pragnął pochwycić to wspaniałe zwierzę. Rogi jego miały już dwadzieścia cztery odnogi — rzecz rzadka, można powiedzieć unikat! Lecz cóż, kiedy żaden myśliwy nie mógł zejść go nigdy.
    Pan Sebastjan czatował całe noce, by spostrzedz Sardanapala na odległość strzału, ale ten, zanim wyszedł ze swej kryjówki, wysyłał zwykle na zwiady samice, i dopiero gdy one wróciły, udawał się do