Strona:Marian Pilot - Panny szczerbate.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




KOŁO

Wrzask pastucha nie ustawał, owce gnały przerażonym kłusem; tuman rudego pyłu wznosił się nad nimi aż po szczyty drzew.
Kobieta, nieruchawo przestępując z nogi na nogę, tępo patrzyła na pędzące stado. Ociężale zrobiła krok w tył i sunąc rozcapierzonymi palcami po glinianej ścianie chałupy, kucała powoli.
Mężczyzna zastał ją tak, plecami opartą o ścianą, z głową na brzemiennym brzuchu.
— Nic — powiedział, ostrożnie dotykając jej ramienia. — Nie ma nic.
— Co robimy — powiedziała kobieta; jej zmęczony głos nie wyrażał nawet zapytania. Powtórzyła to samo jeszcze, potem raz jeszcze: — Co robimy — bezmyślnie już i całkiem cicho.
Mężczyzna milczał. Ostrożnie przesunął dłonią po ramieniu kobiety.
— Nie można tak. Wstań. No, wstań.
— Kiedy tak dobrze. Dobrze... Właściwie przecież nic mi nie trzeba — mówiła.
Pomógł jej wstać. Szli powoli, nogi grzęzły w brudnym piachu drogi. Zatoczyła się; objął ją wpół i poprowadził ostrożnie.
— Tam za miastem też są domy.
Zaśmiała się szarpliwie.
— Nic, nic — wyjaśniła. — Twoja broda łaskocze.