Strona:Marian Pilot - Panny szczerbate.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zaśmiał się także, z ulgą.
— Wszystko będzie dobrze, wszystko dobrze...
Mijali ostatnie zabudowania miasteczka. Piaszczysty szlak wywodził ich w step, nagi, ledwie gdzieniegdzie porosły suchą i szorstką jak końskie włosie trawą.
Mężczyzna przystanął. Ciemniało; chmury siniały i obniżając się zasłaniały szczyty dalekich wzgórz. Chwilami zrywał się wietrzyk, cichł zaraz, w nieruchomym powietrzu zawisły chmury pyłu... Mężczyzna wstrząsnął się.
— Idziemy — powiedział. — Idziemy.
— Ja idę — mówiła. — Idę. Tylko nie mogę. Za ciężko dla mnie.
— Trzeba — mówił. — Prawo tak każe...
Rozglądał się wokół z wściekłością i trwogą. Ciemność syciła się czernią, droga smużyła się przed nimi parę kroków zaledwie. Wiatr uderzał z nagła, coraz porywistszy, miotał garściami suchego, zimnego piachu... Po niebie pięły się pierwsze błyskawice. Mężczyzna objął kobietę i położył sobie jej rękę na karku, bezwolnie staczała się po jego ramieniu.
— Nie mogę. Boli.
Wiatr zasypywał mu oczy piachem, rozwierał je szeroko, przez łzy patrzył w noc, czarną, to znów błękitniejącą od błyskawic. Spadały pierwsze krople deszczu... Powlekli się dalej, przystanęli znów, mężczyzna nasłuchiwał, zrozpaczony; wiatr ucichł już, równo szumiał nadchodzący deszcz. Mężczyzna osłaniał kobietę ramionami, jęczała cicho, bezradnie.
— Czekaj — powiedział. Posadził ją ostrożnie pod jakimś głazem. — Musi coś być...
Ruszył przed siebie na oślep. Deszcz gęstniał; mokre kamyki wżerały się w boleśnie obrzmiałe