Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/182

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    jął, choć drogo i pojechał z ciałem do kościoła.
    Po tym jego postępku jakiś czas krzywo nań patrzył duchowny, niechętnie sędzia, a mieszczanie sąsiedzi parę razy w kłótni o sad nazwali Boruckich „polackie mordy“. Ale zczasem zapomnieli, bo nie było żadnej więcej okazji. Dziewczyny Boruckiego zastąpiły matkę w dworku. Starsza gospodarzyła, młodsza założyła warsztat krawiecki. Ubierały się u niej popadzianki, akcynikowa, prystawowa, cała inteligencja miasteczkowa. Zarabiała dobrze — wygadana była, ładna, zalotna. Zaczęli do niej się umizgiwać i urzędnik z poczty, i pisarz wołostny i sekretarz prystawa; było w czem wybierać.
    Roboty było pełno, donajęła panna Zofja — Zonia ją w domu nazywali — dziewczynkę do pomocy. Zarabiała dobrze, co wieczór zbierała się wesoła kompanja, grali na skrzypcach, śpiewali, kawalerowie wysadzali się jeden przed drugim. Borucki mógł już być o dzieci spokojny. Starszy syn dostał posadę na Wołyniu, napisał, że się ożenił z córką bogatego kolonisty: starsza córka zbierała grosze i o zamążpójściu nie myślała. Zonia mogła choć dziś zostać pisa-