Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/144

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Kto verschollen? One? A my?
    Patrzą po sobie i czyni się milczenie.
    Istotnie kto rozbitkiem? Te zmarłe, czy te żywe? W tych piętnastu czterdziestoletnich kobietach są wszystkie typy. Są elegantki dostatnie, udające jeszcze młodość i wdzięki, śmiejące się za wesoło — jedne, bo nie myślą, inne, bo wyobrażają sobie, że je tak widzą, jak one chcą się przedstawić. Są matki i mężatki, dumne ze swego stanowiska. Są wdowy, obarczone dziećmi, znękane i wyczerpane. Są stare panny zgorzkniałe, chore. Są sterane pracą zawodową nauczycielki, są fanatyczki feminizmu, o oczach gorejących, a poradlonych, zmiętych, jakby skwarem spalonych, twarzach. Są włosy czernione i wszelkie odcienie siwizny, są postacie zatyłe potwornie i wychudzone na suchy badyl, są oczy zgasłe, lub tlące złym ogniem histerji, są zmarszczki śmieszne i tragiczne, i wszelkie odcienie brzydoty lat czterdziestu, od upudrowanej maski — do barwy i zwiędnienia liścia opadającego.
    Patrzą po sobie i w duchu każdy mówi o każdej:
    — Jakże zbrzydła, zestarzała!