Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciągnących w chmurach, nisko, na południe... Prypeć nabrzmiewa wodą, czółna ściągają pod szopki, po stodołach cepy miarowo, monotonnie dudnią, w długie noce psy się nawołują, zamiera letnie życie. Czekają mrozu i lodu, co pomuruje drogi, otworzy tysiączne szlaki — do boru, do siana, do rybnych zimowych toni, do sąsiada, do miasta, do ludzi.
I wtedy ostatni hejnał, ostatnią pieśń poleską daje surma. Daleko, daleko od wsi do wsi idzie wieczorem głos donośny, przejmujący tęsknem monotonnem nawoływaniem. Nie róg to, ani trąbka, nie pieśń. Jakieś głoszenie, wieść — nawoływanie. To surma — pastuszy odwieczny, pierwotny instrument z drzewa drążonego, na parę metrów długi.
Podobno to zabytek tych czasów, gdy na ziemię tę bezbronną szły jesienią łupieżcze zagony od Tatar i Rusi.
Szli jesienią po łup i jassyr, bo zbiory były dokonane. Tedy dawano sobie hasło surmą od granicy po krańce, od wsi do wsi, od osiedla do osiedla, i naród ostrzeżony, ale nie wojowniczy, czujny, ale nie drapieżny, zagarniał co mógł dobytku i dobra i przepadał w sobie tylko znanych i sobie tylko dostępnych kryjówkach i tajniach. I taki był i dotąd przetrwał ostatni letni rapsod Polesia.