Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozkoszą Poleszuka są jarmarki. Drobne mieściny puste, brudne i śpiące przez całe miesiące, ożywiają się w święta Jana, Mikołaja, Ilja, Pokrowy itp. odwiecznych terminach. Tłum małych wózków napełnia rynek, tłum ludzki kłębi się, popycha, gapi, krąży wokół kramów i przybyłych handlarzy. Wszystko, co kraj potrzebuje, dostać można, co kraj wytwarza, kupić. Po wozach piętrzą się drewniane narzędzia, beczki, faski, koła, przyrządy tkackie, czarne lub białe garnki gliniane, niepolewane o pierwotnych formach, grzyby, jagody, łoza na postoły, wełna, len, płótna i sukna, zboże, lniane siemię, manna, orzechy i pestki dyni, cebula i czosnek, gęsi, kury, owce drobne, bure, białe lub czarne, prosięta, — wszystko stłoczone z masą odświętnie ubranego ludu. Osobno spędzone ryczy bydło, rżą konie, kwiczą świnie, miotają się kupcy i pośrednicy. Poleskie widowisko, teatr, kino, bal i rozkosz. Nikogo nie brak, — wsie puste, roboty przerwane, sprawy wszelkie w zawieszeniu, temat na długie opowieści po wsiach. Wieczorem ruch i zgiełk ustaje i cichnie, wozy rozjeżdżają się na wsze strony w mrok i ciszę bezludzia, — miasteczko obumiera do następnego jarmarku.
Ze skończeniem siewów ozimych Poleszuk zapada w stan półsnu i odpoczynku. Deszcze jesienne przecinają komunikację, rwą jakiekolwiek zajęcie. Długo jeszcze do śniegu, bydło błąka się po zrudziałych pastwiskach, swojskie gęsi odpowiadają na pożegnanie dzikich siostrzyc,