Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/35

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Nikomu.
    — Nad babą siedziałem. Nad moją wiedźmą!
    — Umarła?
    — Niech żyje, aż maturę zdam. Ale tak ją reumatyzmy połamały, że leżała jak kłoda. Musiałem jej jeść nagotować, a potem, żeby jęczeć przestała, zacząłem jej czytać. Obronę Częstochowy z „Potopu“. Czytałem i nasłuchuję, czy tamci nie przychodzą wołać do startu. A babsko jęczeć przestało i mnie rozebrało to czytanie — i tak zeszło. Rano jeszcze musiałem za nią świnie obrządzić. Szczęście, że nikt nie słyszał i nie wie. Ksiądz i tamtym nie powie!
    Obiecał prefekt, ale nie dotrzymał ściśle — bo ofiarodawcy stu złotych musiał opowiedzieć.
    — Dołożyłbym dwieście — żeby każdy dostał sto — ale nie mam. Niech ciągną losy.
    — Tak i ja zdecydowałem. Wyciągnął Wroński.
    — No i co?
    — Kazał Matuskowi podzielić na trzy równe części — a gdy marudził z ułamkami — wziął trzydzieści trzy złote i resztę im oddał.
    Ofiarodawca pomyślał, uśmiechnął się i rzekł:
    — I są durnie, co w przyszłość Polski nie wierzą i o młodzieży wątpią!
    Żyła podzelował buty i kupił szalik, który mu na resztę zimy zastąpił palto — przytem dziekan pozwolił mu nocować w kuchni. Matusek pieniądze schował i podzielił, by starczyły do matury — a obydwa razem postanowili zbywającą złotówkę użyć na bankiet z Wrońskim. Gdy jednak