Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/34

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    więc zdecydowałem na piechotę. Ale i piechota nie znalazła ryzykanta, bo mróz był i zamieć i do osad parę wiorst. Ofiarował się jeden Żyła.
    — Żyła! Toć on luter! — wykrzyknął prefekt.
    — Polski, śląski luter. Poszliśmy. Całą drogę w dzwonek bił — a wracając nad ranem — to wkońcu prawie mnie niósł — takem zesłabł.
    — To jeden! — pomyślał prefekt.
    A na drugi dzień zagadnął Matuska.
    — Duch się wam stłukł, chłopcy?
    — E nie — tylko nie wyszło! Do mnie z wieczora przyszedł „Niemca“ synek i skomle i prosi, żeby go w matematyce podciągnąć. A ma już dwie dwójki i drugi rok w klasie. Po sprawiedliwości niechby „Niemiec“ za mnie beknął. Ale mi to skamlanie we wątpiach kręciło — więc mówię: Siadaj i dawaj zeszyt. No i tak do Pasterki zeszło — i tamci się do startu nie zgłosili.
    — To dwóch! — pokręcił głową prefekt.
    Wroński mu się widocznie wykręcał, z oczu schodził, z klasy zmykał. Przecie go raz przyłapał.
    — Nieczyste masz, chłopcze, sumienie. Coś zbroił w wigilijną noc?
    — Kiedy mnie wstyd, proszę księdza prefekta.
    — Amory! — ksiądz grozi palcem.
    A Wroński się śmieje.
    — Ale — amory! Tobym jakoś zmieścił ze wszystkiem, a potem się wyłgał. Ale to ani wyznać bez pośmiewiska. Ksiądz nikomu nie powie?