Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/237

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — To dziwne, że jeszcze cegły nie zabrali! — bąknął.
    — Zabiorą.
    — Nie dam. To w moim rejonie.
    — To lepiej chwasty uprawiaj, co ją kryją. Wszystko zabiorą — wszystko. Nic z tego, co było nie zostanie.
    Dróżnik wrócił do swej roboty przy kamieniach, a ona poszła w pole coś mrucząc.
    Jakoż chłopi zaczęli na wzgórek zaglądać i do cegieł się dobierać. Dróżnik zabronił i raport złożył, ale z urzędu otrzymał odpowiedź, że gruz przydrożny może być oddany do miejscowej ludności na potrzeby odbudowy. Uśmiechnął się czytając papier — i już nie bronił. Ale chłopi znaleźli cegły zwietrzałe, rozgrzebali z wierzchu, do jakiegoś drewna i zaprzestali. Nie opłacało się.
    I znowu, w jakiś czas potem, gruchnęła nowa bajka.
    Osadnik z Kudry widział zjawę. Było to na zimnej jesieni. Wracał z jarmarku o zmroku i blady wstąpił do budy dróżnika.
    — Nie macie wódki? — spytał.
    — Nie! — odparł milczący człek, nie przerywając obierania kartofli na wieczerzę.
    — Zestraszyło mi coś konia. Coś szarego przy drodze. Człowiek czy pień! Człowiek chyba, bo patrzało. Jakieś oczy czy niebieskie ognie! Dajcie choć wody.
    Paru chłopów, co wstąpili po ogień do fajek, spojrzeli po sobie.