Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kostusia oczy na nią wzniosła.
— Ja wiem, proszę pani, że czas już mi stąd odejść. Chciałam jutro do pani wstąpić, podziękować za wszystko.
— My tymczasem z panem Odachowskim spór wiedliśmy o ciebie. Chcę ja cię dla siebie, chce i on. Większe jego prawo, ale on córki ma, a my nie.
Kostusia nieprzerwanie patrzyła na staruszkę.
— Została mi tylko Jadwisia niezamężna — rzekł pan Odachowski. — Ty, Kostusiu, sypiałaś z nią w jednej kołysce. Twoje miejsce jest zawsze w Podgaju. Nie lękaj się. Nikt cię nie zrani ani słowem, ani nawet spojrzeniem. Ja ręczę.
Kostusia chwilę walczyła z sobą, wyglądając okienkiem na świat, a nic z tego nie widząc, na co patrzyła. Potem delikatnie zdjęła rękę pani i podniosła ją do ust.
— Kiedy przyszłam do pani taka nędzna, taka obdarta, wzgardzana w jej własnej garderobie, pani nie bała się ani wzdragała ręce mi swoje dać i nazwała mnie wtedy: moje dziecko! Jeżeli ja teraz pani potrzebnam na co, to ja do pani pójdę. Tylkom ja teraz, proszę pani, bardzo słaba i nie na wiele się zdam. A przytem i moja stara mnie, a ja jej nie porzucę. Więc może pani tylko kłopot z nami mieć będzie i koszt, a żadnego pożytku.
— Moje dziecko, mnie córki trzeba na moje stare lata, a nie sługi pożytku. Dziękuję ci za ofiarę.
Znowu ujęła ją w ramiona, ale Kostusia do nóg jej padła i zapłakała, od śmierci Sewera raz pierwszy.
Nikt jej nie pocieszał. Wuj odstąpił od okna