Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i wąs markotnie na palec nawijał, staruszka wciąż płacząca gładziła po głowie. Nareszcie Kostusia pohamowała się z wysiłkiem, powstała i podeszła do wuja.
— Proszę się nie gniewać na mnie, wuju — rzekła błagalnie. — Ale żebym wróciła w tamte strony, to ujrzawszy mnie, może kto powiedziałby lub pomyślał co złego o nim. I mnieby tak ciężko byłoby stąd iść, od niego. Proszę się nie gniewać na mnie, wuju. Tu potrzebniejszam.
— Rób, jak ci lepiej, Kostusiu. Będziemy się widywali. Będę o tobie zawsze dobrze pamiętał.
— Dziękuję, wuju. Proszę, jeżeli łaska, o matczynej mogile pamiętać. To tam wśród zboża, pod lasem.
— Wiem, wiem. Nie zapomnę. Bądź spokojna.
— Więc cię zabierzemy z sobą, Kostusiu — rzekła staruszka, siląc się na uśmiech, a z oczami pełnemi łez.
— Proszę pani, jeszcze tę jedną, ostatnią noc pozwólcie zostać... Jutro rankiem sama się stawię — szepnęła żałośnie, wzdrygając się na tę straszną myśl opuszczenia izdebki.
Zgodzono się na jej żądanie i wszyscy odpłynęli zpowrotem do dworu.
Późnym wieczorem mamka zebrała manatki, opróżniła izbę zupełnie i wśród pustki siedziały jak ptaki, co nocują w przelocie na wierzchu dachu, by zrana dalej odlecieć. Wreszcie usnęła stara, a Kostusia u okienka siadła, u tego samego, przez które księżyc na Sewera w chwili skonania spoglądał.
Bór, głaskany lekkim ruchem powietrza, coś so-