Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ani drgnął ani stęknął. Tak go ta moc nad moce zdmuchnęła prędko jak gromnicę.

∗             ∗

Odpłynął z chaty łodzią, wysłaną brzozowemi gałęźmi i miętą wodną; odpłynął w białej sosnowej trumnie, szarem płótnem wybitej.
Pan Michał i Kazio inaczej chcieli, ale Kostusia rzekła:
— W takiej on będzie, jaką mu zarobiłam.
Więc nikt więcej nie protestował.
Odpłynął w odzieży, jej rękami na święto mu uszytej, łatanej i czystej i w butach nowych, które mu na zimę chowała, a w ręku trzymał krzyżyk drewniany, który sama wycięła kiedyś i kwiatami umajony, na ścianie chaty zawiesiła.
Odpłynął na cmentarz wioskowy; położono go tam niedaleko owej kapliczki, co ich skryła przed śniegiem i zgubą w noc wigilijną. Teraz tam rozchodniki bujały i mchy przeróżne, a z sosen spoglądały dzięcioły pstre.
Odpłynął, a ona wróciła bez niego już sama, do chaty, przed którą zdaleka bielały heblowiny trumny, gdzie sień i izbę wyścielały jodłowe gałązki i świec zapach przenikał.
Trzy dni zostawiono ją w spokoju. Co wieczór tylko młodzi ludzie podpływali pod chatę, wywoływali cichaczem mamkę.
— Bardzo boleje? — pytali.