Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zawsze dogadzało wszystko, a perkalik, tak srodze skrytykowany, właśnie bardzo się jej podobał. Poco go miała chować aż do lata?
Wuj się uśmiał do syta, uszczypnął ją za policzek, a w dwa tygodnie potem przywiózł jej z miasta ładną, granatową flanelkę.
Kostusia aż się przestraszyła, podziękowała ze łzami, ale flanelki nie włożyła nigdy.
Żałowała na krawca, szyć sama nie umiała, schowała ją na sam spód zielonego kuferka, gdzie miała całą swą garderobę i wszystko, co swojem nazywała na świecie.
W te długie, samotne wieczory na strychu towarzyszył jej świerszcz, przyniesiony ze strąkami fasoli do łuskania i ulokowany za piecem, a wśród zimy, w najtęższe mrozy, dostawała zawsze kwaterunek. Przychodziła do niej mamka, biedna komornica, ulokowana za łaską wuja w chatynie samotnej na granicy majątku.
Latem zarabiała w polu, zimą głód i zimno wypędzało ją z budy. Brała z sobą prząśnicę i garść lnu, podpierała kołkiem chatę, nakładała na siebie, ile miała, odzieży i szła do dworu. Kostusia, za pozwoleniem ciotki, dawała jej przytułek. Baba przędła w kącie za piecem, wygrzewając swoje kości, i gwarzyła ze swą zazulą.
Po wsiach uchodziła za wielką znachorkę, umiała też wiele bajek i pieśni, które czasem, rozochocona, śpiewała trzęsącym głosem.
Kostusia lubiła bajki, a szczególniej jedną, o którą codzień prosiła i którą zwała «moją» bajką.