Strona:Maria Rodziewiczówna - Między ustami a brzegiem puharu.pdf/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Pfe! prawisz impertynencje.
— Pfe! jesteś zazdrosna, jak subretka! — odrzucił wesoło, całując białą rączkę.
— Wiesz, stanowczo zrywam z tobą! Nie chcę być jedną z wielu.
— Ja jednak cierpliwie znoszę takie stanowisko.
— Ty szkaradno istoto! Powiedz choć jedno.
— Dziesięć, Auroro! Primo: twój mąż...
— Eh, admirał, to amfibja, którego już dwa lata nie widziałam i żeby nie portret w sali, tobym nie poznała bez rekomendacji.
Secundo: książę Herbert.
— Ach, nonsens! Zaśmiałam się może parę razy.
Tertio: ten kuzynek z Harcu!
— Musiałeś dzisiaj pić zawiele przy kolacji... bredzisz! — rzuciła z dąsem, a potem nagle przechyliła się ku niemu i, skubiąc zalotnie jego kędzierzawą czuprynę, spytała z przymileniem:
— Ale ty mnie kochasz, szkaradniku... nie rzuciłbyś dla nikogo?
— Dla nikogo, nigdy, Auroro! — odparł bez namysłu.
— Słowo hrabiego Croy-Dülmen?
— Słowo twojego Wentzla.
— Masz, pocałuj mnie za to.
Chwilę milczeli oboje w namiętnym uścisku i pozostali przytuleni do siebie, szepcąc stłumionym głosem.
— Wiesz, — mówiła kobieta — czemu-m dziś tak niespokojna? Cały świat cię swata, żeni na gwałt! Zastawiają na ciebie sieci, spiskują, intrygują! Ach, po coś ty taki bogaty, wysoki pan, pierwsza partja i taki piękny!