Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A tak, blisko tego. Czasem mi się zdaje, że to dawno bardzo, a czasem, że to wczoraj było. Rudolfek, Minny mąż, miał sześć lat, Wilhelmina cztery, a mały Hans półtora. Cud, nie dzieci! Teraz nikogo niema!
— Czemuż pan nie wrócił, kiedy ich pamiętał?
— Kiedy im ciągłe trzeba było pieniędzy. A żebym pojechał, tobym stracił ich grosz. Więc ciągle posyłałem. Osobliwe, ile taka rodzina kosztuje! To mundurki, to chleb, konfirmacja, szkoły, a przytem doktór i apteka. To już najciężej płacić. A było tego u mnie, było! Kobiecisko się zapracowało, zmarło; Wilhelmina się przeziębiła na balu w „Vereinie“ i zmarła. Chłopcy sami zostali, a pieniędzy coraz więcej szło. Rudolf się ożenił, próbował tego i owego bez dobrego skutku; dzieci bóg mu nie skąpił, siedmioro zostawił, bo i on umarł, panie, i Hansa nie stało. Ot, w ten sposób wędrowałem z domu do domu i guwernerowałem. Próżny trud! Sympatji niema, uznania niema. Pięćdziesiąt lat starałem się zaszczepić w młode dusze kult Lutra i Germanji i ze smutkiem wyznaję: był to głos wołającego na puszczy. Trzydzieści posad zmieniłem, siałem dobre ziarno, zbierałem kąkole obojętności i szyderstwa. Dlaczego oni mnie, Bawara, Szwabem zrobili? Dlaczego poza godziną lekcji słowa nie rzekną w naszej pięknej mowie? Dlaczego natchniona pieśń Goethego trzyma się tylko chwilowo ich pamięci, a gdy wspomnę naszych bohaterów, ziewają tylko? Ach, Herr Je! Dziki naród, niewdzięczni ludzie, puste serca!
Stary się zapalił, broda mu się trzęsła, a zblakłe oczy nabrały życia.
Rafał, wpół leżąc, z za dymu cygara słuchał go, a lekki rys sarkazmu igrał mu po licach. Gdy umilkł Niemiec, przeciągnął się i raczył wyrazić swe zdanie: