Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Adam skłonił się i wyszedł za ojcem. Na ganku głęboko westchnął, czapkę na oczy nasunął i ruszył szybko. Brr! jak go po tych dreszczach i chłodzie paliło teraz — w piersi, w gardle, na ustach, za powiekami.
W duszy tej gołębiej i prostej po raz pierwszy bunt się obudził, rozstrój i gorycz: czuł się zdeptanym i pokrzywdzonym — i za co? za co?
Wyprzedził ojca, by uniknąć rozmowy. Nie potrafiłby teraz łagodnym być, dobrym i mówić o potocznych rzeczach. A jednak poskarżyć się czuł konieczną potrzebę. Ale przed kim? Przed ojcem — nie zrozumie go. Przed Rafałem — wyszydzi. Przed nikim zatem.
Był już w połowie alei topolowej, gdy go ktoś napędził.
— Panienka prosi was — oznajmił lokaj z pałacu.
— Biegaj prędzej — uzupełnił ojciec.
Chłopak zawrócił. Koło bramy panna Kazimiera czekała na niego, w słomianym kapeluszu, z koszyczkiem w ręku.
— Proszę pana doktora z sobą do chorych — rzekła z właściwym sobie, półsmętnym uśmiechem.
— Służę pani — odparł, nie podnosząc oczu.
Zawrócili w bok ścieżyną między połami i nic nie mówili do siebie.
— Panie Adamie! Nabrał pan przez ten rok dwóch brzydkich wad — ozwała się nagle.
— Jakich, pani? — zapytał smutno.
— Słabości ducha i niewiary w tych, którym pan dotąd wierzył.
— Może być. Im dalej w życie, tem prawdziwiej widzimy je, tem rzeczywiściej. Przychodzi logika i druzgoce marzenia; przychodzi prawda i burzy szklane