Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gmachy młodzieńczych rojeń. Czy nie lepiej samemu się obudzić, niż czekać, by ludzie brutalnie nas zbudzili?
— Trzeba wierzyć sobie i swoim. Trzeba hartować się na bój, by zwyciężyć.
Bolesny uśmiech przemknął mu po wargach za całą odpowiedź. Spostrzegła to i stanęła nagle.
— Zraniono pana głęboko; słyszałam wszystko. Musiało pana bardzo boleć, kiedy pan i o mnie zapomniał w swej obrażonej dume.
— Nie, pani. Pójdę pod ten pręgierz znowu i znowu. I więcej zniosę, niż pies podwórzowy. Nie duma moja cierpi, tylko, że już teraz nie wierzę w zwycięstwo.
— Co panu takiego?
— Przejrzałem, pani. W bajkach, szklana góra prowadzi do królewny i kto ma orle szpony, ten się do niej wzniesie. Igraszką ta góra w porównaniu z tem, co na świecie człowieka marnego, jak ja, dzieli od celu.
— Czy więcej dzieli, niż przedtem? — spytała cicho. — Czy panu już cel zobojętniał?
— Panno Kazimiero!
— Tak sądzę po dzisiejszem spotkaniu i po słowach tych. Marzenie prysło.
— Z duszą kiedyś uleci chyba! Nie postało w mem sercu nigdy nic innego i nie postanie. Jak jeden Bóg, tak ono jedno do śmierci.
Spotkali się znowu oczyma i utonęli w swych duszach. „Tyle lat byłeś mi wszystkiem — mówiły źrenice królewny — mistrzem, bratem, przyjacielem, ideałem dobroci i szlachetności, aż ukochałam cię całą potęgą miłości, aż nie rozumiem już teraz życia bez ciebie. Czyż nasze kochanie nie warte ofiar, bólu i walki?...“
Usta jej nie miały wyrazów, ale chłopak mowę