Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaczęła jej mózg ogarniać mgła; kuźnią, pełną ognia, huku i czarnych cieni, była biedna głowa; za każdym oddechem krzywiła się z cierpienia.
Raz jeszcze ocknęła się przytomnie. Spojrzała na stolik swój roboczy i zaniepokoiła się bezładem książek i zeszytów; chciała iść i poskładać swe rzeczy do tornistra; lecz odległość od okna napełniła ją lękiem; czuła, że nie dojdzie. Potem znowu odeszła ją pamięć. Zdawało się jej, że z dziaduniem starym wychodzą na wielką łąkę, czarnym lasem otoczoną. Złocisto było od słońca, rojnie od ptaków i muszek miljonów, a tak wonnie i ciepło, że się jej rozszerzyło dziwnie serce, i dzieckiem się poczuła małem i swawolnem. Więc objęła starca za szyję i zajrzała w jego oczy. A nie ślepe już były jego źrenice, ale jasne i nad wyraz serdeczne i litościwe dla niej. Nikt tak na nią jeszcze nie patrzał i nikt tak nie mówił, jak ten starzec, dawno umarły.
— Chodź, dziecko ty moje, biedny robaczku szary, chodź! Teraz ja ciebie poprowadzę z sobą, na łąki wonne, w lasy ciche, w pole szumiące! Pisklęta ci po gniazdach pokażę i jagody chłodzące zbierać będziemy. A teraz spocznij w tej trawie puszystej, a ja ci do snu zaśpiewam. Zaśnij, maleństwo sieroce, zaśnij!
W saloniku, gdzie kopcił i dymił knot dopalającej się lampki, rozległ się głuchy łoskot padającego ciała. I czuła w swej malignie Leonka, że utonęła cała w ziołach pachnących, a drobne źdźbła traw łechtały ją zlekka po twarzy i czole, ptaszek sino-złotawy na rękę jej spadł i gładziła go, a nad nią unosił się głos starca, cichy i łagodny, nutą jakiejś nieznanej piosenki.
Leżała w saloniku pod oknem, na twardej podłodze; łechtały ją po twarzy nie trawy, ale frendzle starego, wypłowiałego dywanu, rozesłanego koło kanapki,