Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Najciężej jej było pogodzić się z myślą opuszczenia matki starej i słabej, chociaż i to należało do programu. Oddawna wprawdzie stała o własnych siłach, ale za rok w świat daleki odlecieć miała, sama zupełnie, po wiedzę wyższą do zagranicznych uniwersytetów.
Tak słuszność chciała, rozum i wola, a jednak na myśl o tym odlocie czuła wewnątrz dziwny niepokój i gorycz. Nie była jeszcze dość silną, potrzebowała jeszcze opieki mistrza i mocy jego teorji.
A teraz mistrz ją opuszczał. Zostanie sama.
Wahania ją oblegały często, niepewności i skrupuły; kto ją bez niego nauczy i wzmocni?
Ścisnęła gorejące czoło dłońmi i gryzła spieczone wargi.
„Nie wrócę już tutaj!“ — powracały jej uparcie do myśli słowa Rafała.
— A co ja zrobię bez pana? — chciała spytać, ale nie śmiała.
Wstydziła się wyznać swą słabość i rozpacz. Robakiem lichym czuła się wobec jego potęgi. Nie zdeptał jej dotąd i dostrzegł pod stopami; nic dziwnego, że teraz odchodząc, nie myśli o niej i zostawia obojętnie wśród swej drogi. To logiczne!
Żebyż nie bolało tak okropnie!
On nie zwracał na nią uwagi. Na świecie istniała dla niego tylko jedna jednostka — on sam; co go obchodziły wrażenia i myśli tego dziecka?
Wstał, wypowiedziawszy swe credo, i począł mierzyć pokój krokami. Spojrzała za nim.
— Panie — rzekła zcicha — a znajdziemy tę prawdę wtedy, gdy się wyzwolimy zupełnie? Czy będzie w nas spokój, gdy spoczniemy kiedy?