Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Spocząć, ładna perspektywa! Spokój, to śmierć. I pani takie brednie wygłasza, jakby nie wiedziała, że podwaliną i treścią całego świata jest ruch i walka! Kto chce spokoju, niech gnije!
— A po tej walce, co będzie naszą nagrodą? — badała dalej.
— Samopoznanie, cześć dla siebie samego i światło.
— I jest prawda i wytłumaczenie wszystkiego i dostępna dla nas, i jedna to prawda?
— Wszystko dostępne dla wiedzy i rozumu, i tajemnic niema dla mędrca!
— Daleko ten cel, daleko! — szepnęła żałośnie — i tak ciężko do niego dążyć tak samej! I czy się dojdzie?
— Cha, cha! — zaśmiał się szyderczo. — Więc pani pracuje dla kompanji? Więc pani ciężko samej? Baranie nawyknienie ciemnych wieków! Razem! cha, cha! I wątpi pani? Winszuję! Pocóż było zaczynać, gdy się nie jest pewnym końca?
Rumieniec wstydu wystąpił jej na twarz.
— Ja nie ustanę, nie! Tylko...
Zatrzymał się przed nią i czekał.
Podniosła głowę i w żar jego źrenic utopiła swe zmęczone, bezbrzeżnie smutne oczy.
— Tylko co? — spytał niecierpliwie.
— Tylko mi tak straszno zostać bez pana! — wypowiedziała zcicha.
Ruszył po swojemu lekceważąco brwiami.
— Tylko tyle! — wyrzekł obojętnie. — No, to nic ważnego.
Znowu zaczął chodzić po pokoju, skrzyżowawszy ręce na piersi.
Drugi raz tego wieczora ktoś go żałował niezasłużenie; nudziło go to wreszcie.