Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wędliny i biegła, ile sił miała, do gimnazjum. Daleki to był kurs, trzy wiorsty zapewne, tylko że przywykła i nie miała czasu rachować. Rzadko ją pytano wprawdzie, ale zawsze o najcięższe przedmioty. Była pierwszą w klasie — rozumiała, co to znaczy i, raz zająwszy to miejsce, pozostawała. Potem o trzeciej, gdy koleżanki wracały do domu, biegła na korepetycje. Trzy ich miała, każdą gdzieindziej, wszystkie daleko, dalej, niż gimnazjum. Wracała o ósmej. Nogi wreszcie przestały ją boleć, tylko drżały i paliły ogniem. Przywykła także do głodu całodziennego; nigdy jeść się jej nie chciało, tylko pić i zasnąć. Potem i sen nauczyła się zwalczać; w wątłem ciele organizm stał się kamiennym. Sypiała byle jak i byle gdzie. Czasem sen ją pokonał nad stolikiem schyloną i tak przetrwała do rana; czasami układała się w kurytarzu na drewnianej sofce, czekając na powrót Feliksa, który zwykle klucz gubił lub zapominał, i dzwonił, nie dbając o godzinę. Żałując matki, Leonka czatowała na jego kroki i otwierała, nim odszukał dzwonek. Rzadko tylko, podczas kilkodniowych świąt, sypiała z matką noc całą, bez przerw, spokojnie.
Pół do pierwszej uderzył zegar. Równocześnie drzwi Rafała skrzypnęły i kroki rozległy się w kurytarzu. Leonka obejrzała się zdziwiona, i spotkała się wzrokiem z oczyma studenta. Wszedł do salonu.
— Dobrze, że panią zastaję. Przyniosłem pieniądze za miesiąc, proszę je jutro wręczyć matce, gdyż ja prawdopodobnie nie zobaczę jej więcej. Wyjeżdżam z Lachnickim.
Dziewczynka odłożyła pióro i śledziła bezmyślnie ruch jego ręki, liczącej asygnaty. Zebrała je do szuflady.
— Skończyła pani egzaminy? — spytał łaskawie.
— Za dwa tygodnie dopiero.