Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Daleko jeszcze... Nie dowiem się już rezultatu.
— Po wakacjach zastanie mnie pan w siódmej klasie.
— Ano, pewnie, jeśli organizm pani wytrzyma. Jest już błędnica i anemja... może przyjść histerja!...
Rzucił okiem na papier.
— Jakże tam z matematyką? Może pomóc?
— Ej, nie... dziękuję panu. Proszę mi zostawić trochę książek na wakacje.
— Zostawiam wszystkie na pamiątkę po sobie. Wątpię tylko, czy pani wszystko zrozumie.
— Czego nie pojmę, podkreślę, a pan mi wytłumaczy za powrotem, jak zawsze.
— Tym razem nie będzie jak zawsze, bo nie wrócę tu wcale.
— Nie wróci pan? — powtórzyła.
Nie było podziwu i smutku w jej tonie, tylko przestrach okropny i rozstrój. Otworzyła szeroko oczy i nie mogła długą chwilę odetchnąć.
On spokojnie usiadł przy stoliku, rozparł się na nim i patrzył obojętnie na parę drobnych molików, które napół osmalone, rozkładały resztki skrzydełek i próbowały raz jeszcze wzlecieć do morderczego płomienia.
— Jadę na uniwersytet niemiecki. Za ciasno mi tu dla płuc i umysłu... — rzekł lekko.
— I już pan nie wróci! — szepnęła raz jeszcze.
Nie rozumiała, co się z nią działo. Poczuła nagle, z błyskawiczną chyżością myśli, swą dolę szarą, swój mozół krwawy, swój cel daleki, swoje życie męczeńskie.
I poczuła też ból, rozsadzający głowę, kłócie w piersiach, dławienie w krtani, a w oczach palące płomienie.