Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mówisz, jak ślepy o kolorach. Twoje kobiety są właśnie istotami z bajek Szacherezady. Szczęściem, że teraz takich niema, a inne są nie równe nam, ale wyższe od nas.
— Chytrzejsze i sprytniejsze! To przymiot płci żeńskiej w całej przyrodzie. Wynik logiczny potrzeb.
— Dosyć; nie ciekawym twych fizjologicznych obserwacyj. Rozchodzimy się w zasadzie bez możności porozumienia. Kiedyś przekonasz się sam i, jak ja, uwierzysz.
— Czy prorokujesz mi ogłupienie? Mocno obowiązany! Wracają się wstecz tylko półgłówki, a do ich liczby ja się nie piszę. Tymczasem jeść mi się chce okropnie; pójdziemy do restauracji. Zachowaj się tylko cicho, bo jak nas Brzezowa posłyszy, podniesie lament. Zabierz książki.
W skrzynkę drewnianą wrzucili podręczniki, narzędzia i nieszczęsną czaszkę. Potem wymknęli się cichutko na schody. W pokoiku studenckim pozostał gryzący dym Rafała, unoszący się w fantastycznych tumanach przy świetle lampy i echo jego sarkazmów. Równie dymno i mglisto było w dzikiej głowie studenta. Za mędrca się miał szaleniec.