Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Rafał obojętnie podał dłoń i uścisnęli sobie prawice.
— Wszystko mi jedno, gdzie będę — mówił Radwan dalej. — Miałem zamiar piechotą wędrować do Monachjum, z popasami, przez Rygę. Mniejsza o to, mogę u ciebie przesiedzieć kilka tygodni. Do profesora Andenberga w Monachjum pisałem; wzywa mnie do ojcowskiego mieszkania, które zachowano nietknięte. Został na to kapitał, a Andenberg, przyjaciel i kolega ojca, pilnuje całości. Znajdę wszystko na swój przyjazd gotowe. Jestem wolny na tych parę miesięcy.
— Pojedziemy jutro. Dzisiaj zdałem ostatni egzamin! — zawołał radośnie Lachnicki.
— Kiedy ci się podoba. I ja zdałem. Nic nas nie zatrzymuje. Możemy zładować graty w dorożkę i jechać na tę noc do ciebie. Oszczędzi mi to widoku Feliksa.
Lachnicki zafrasował się nagle i wahająco spojrzał na kolegę.
— Feliksa — powtórzył powoli. — Nie powiedziałem ci całej prawdy, Rafale. Nie zaręczę, że się nie spotkacie podczas wakacyj. Mój ojciec służy u nich.
— Służy u Rahozów? Ładna perspektywa!
— Jest nadleśnym. Straż jego leży jednak daleko od samego dominjum, a pan Feliks nie myśliwy. Widuję go bardzo rzadko, gdyż przez wakacje bawi się po sąsiednich dworach. Nie lubi lasu i ciszy i w niczem się nie rozporządza. Stary Rahoza magnat jest, ma siedm folwarków, gorzelnie, młyny i lasy olbrzymie. Ojciec mój służy im od lat dwudziestu; straż i obowiązek wziął po dziadku. Nie za najemników nas uważają, ale za przyjaciół. Przekonasz się, że ich nie zobaczysz nawet, gdy nie zechcesz.