Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przez pana, ma iść na ofiarę i łup. Tak, gdzie cierpiało wszystko, niech idzie reszta! Taki los! Cha, cha! Ale teraz ja mówię — nie! Dosyć pan wziął i dosyć cierpiałam przez pana. Czci mojej wam nie oddam, chyba razem z życiem. Możecie mnie zabić teraz, ale nie zdobyć. Wolę śmierć stokroć, niż tę hańbę ostatnią — z pana rąk. Nie doprowadzajcie mnie do ostateczności, bo trupa mieć będziecie. Proszę odejść!
On stał i dyszał. Niewiadomo, czy przez krew huczącą dotarły do niego te słowa, czy je zrozumiał. o krok był od niej i dygotał cały, przecie dłoni nie wyciągnął.
— Szaleję za panią! Nie kochałem nigdy! Teraz ani myślę, ani się zastanawiam, ani czuję nic więcej. Szaleję. Sto razy mogłem mieć panią, sto razy to pragnienie ugasić, głód zaspokoić. Czemu tego nie zrobiłem? Pani musi wiedzieć, ja nie wiem! Mnie coś trzyma jeszcze, ja jeszcze proszę! Odejdę i teraz — jeszcze mogę! Ale gdy przyjdę, zmógłszy ten głupi lęk, czy co to jest, wtedy prosić nie będę, mówić nie będę. Wtedy niech pani chyba broń ma i nie chybi mnie, bo inaczej, kobieto, będziesz moją, i żadne potęgi ziemi i nieba ciebie nie ochronią przed moją wolą i siłą.
— Obyż wtedy śmierć moja nie spadła na pana, ale zdruzgotała piekielną naturę. Oby pana krew moja nawróciła na dobrą drogę, otworzyła oczy, kiedy już nic innego pana nie zmieni! Odejdź pan i nie wracaj, chyba inny, bo i ode mnie nie posłyszy pan więcej ani jednego słowa!
Odwróciła się od niego i odeszła.
On się zawahał i skoczyć chciał, jak zwierz, gdy nie czuje na sobie wzroku pogromcy. Nie skoczył, zacisnął pięści i w pierś się uderzył, klnąc; potem zszedł