Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Urwała z głuchem westchnieniem.
— Potem nie było poco iść! — dokończyła złamanym głosem.
— Na czem budowałaś, dzieciątko, tę nadzieję?
Blada jej twarz poczerwieniała nagle.
— Miałam złudzenie, że on mnie kocha, kochać może, że go złagodzi uczucie; a on...
— A on? — powtórzył ksiądz.
— On mnie tylko pożądał!! — wymówiła z trudnością. — A zamiast złagodnieć, jak zwierz się stał dzikim i straciłam go już na zawsze.
— I kochać przestałaś?
— Nie, księże. Albo to można przestać kochać? Bólów swoich dusznych zapomnieć?
— A pomyślałaś ty kiedy, czy on wart miłości i takiej?
— A gdy pomyślę, cóż z tego? Wiem, że to mi serca nie zmieni. Ksiądz jest święty, nie rozumie mnie może, a ja i sama wyraźnie opowiedzieć nie zdołam. Poznałam go dawno, byłam półdzieckiem zahukanem, nędznem, wycieńczonem już życiem, a tak samotnem ze swą naturą, jak badyl przydrożny. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nikt nie rzekł przychylnego słowa. Aż raz, w noc późną, nad jakiemś zadaniem rachunkowem spłakałam się okrutnie. W głowie miałam obłęd ze zmęczenia, w oczach mgłę i gorączkę. Zaciskałam zęby, by nie jęczeć. Zacięta byłam i nieprzywykła do skargi. Nie słyszałam, że ktoś wszedł i tylko poczułam dłoń na czole i głos troskliwy:
— „I wartoż to płakać, dzieciaku! — Spocznij, a daj mi ten zeszyt. Nad siły bierzesz!“
— Co mu się stało wtedy, raz w życiu? Potem nie słyszałam z jego ust nigdy takiego głosu, nie dostrze-