Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głam nigdy współczucia, ale i poco? — on tem wziął sobie me serce i, pomimo wszystko, zachował. Księże proboszczu, czy to podobna, żeby zły mógł od złego odwieść? Tak było ze mną. Jego wspomnienie uratowało mi serce, może sto razy nad przepaścią. Ciężko żyć kobiecie młodej, samej, wśród kolegów różnych, bez żadnej opieki. Widziałam wiele. Może mnie ustrzegła natura, wyrobiona biedą i samotnością, ale ustrzegło mnie także to jedno kochanie, to jedno powiedzenie serdeczne, ta dłoń, co dotknęła czoła bolącego, ten głos, co mię nazwał „dzieciakiem“. Zapomniałam wszystkich jego złych nauk i wpływu bezbożnego; tego nigdy nie zapomniałam i nie zapomnę już do śmierci.
Ksiądz, uważnie słuchający, o nic już nie pytał, a ona, ze swą zmienioną wrażeniem twarzą, mówiła szczerze i jasno, z rzewną nutą w głosie, a smutną chmurą w oczach.
— Teraz on odejdzie stąd, może już odszedł, nagrobek skończony będzie za dni parę, a jego natura straszna już się wydziera w te światy dzikie, jak on! Pójdzie i, przeklęty, z nieba strącony, legnie w walce z orkanem, bluźniąc i złorzecząc stygnącemi usty. Księże proboszczu, a z duszą jego co będzie wtedy?
— Będzie przeklęta, bo nic nie kochał!
— Księże proboszczu! Bóg taki dobry, czy u Niego żadnym kosztem tej duszy kupić nie można, żadną ofiarą? Ona taka bogata, tylko jak świat przed stworzeniem chaotyczna! Czy koniecznie ma ginąć marnie?
— Bóg w tym człowieku przykład daje, czem jest dusza bez wiary i kochania ofiarnego. I Bóg jej nie zbawi bez jej własnej woli.
Leonka opuściła ręce i odetchnęła głęboko. Wielkie