Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A któż pana rodzi, panie?
— Ano, matka i wypadek! — rzucił student z szyderskim grymasem, który jego piękną twarz demonicznie wykrzywił.
— A matka jak się zwała?
— Nie wiem, nie pamiętam jej wcale.
— Gdzież to było, panie? Jak się zwał ojciec pana? — badał gorączkowo stary.
— Noszę jego nazwisko przecie. Karol Radwan zwał się i był mędrcem!
Przez oczy mówiącego przeszedł blask zapału i dumy na te słowa, wyrzeczone z naciskiem.
— Czy ojciec pański studjował w Moskwie?
— Studjował czas jakiś, ale w Niemczech nauki kończył i osiadł w Monachjum. Potęgą naukową był i na całą Europę sławą medyczną! Przed dziesięciu laty zmarł.
— A matka, a matka? — pytał Rahoza.
— Matki nie znałem, nie wiem jej imienia.
— Nieboraczka musiała zasnąć w Bogu młodo! — wtrąciła pani Brzezowa, która słuchała ciekawie opowieści, rada, że przecie dowiedziała się czegokolwiek o swym lokatorze. — Radwan, znajome mi nazwisko z Białorusi; nawet czy nie okaże się i powinowactwo między nami, panie Rafale? Podsędek Urban Brzeza, cioteczny mój dziad, miał synowicę za Radwanem. Nawet i to pamiętam, że po tym ciotecznym należało się nam coś w sukcesji. Dochodzić chciałam od jego zięciów, bo trzy córki tylko zostawił i z tych jedna do klasztoru wstąpiła, ale dokumentu jednego brakło i tak zostało.
Tej sądowo-genealogicznej dysertacji nikt nie słuchał; student nareszcie utorował sobie wstęp do pokoju