Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i przerzucał książki na stoliku, a Rahoza coś kombinował, nie spuszczając z niego oka.
— Rafaela zwała się pańska matka? — zaczął zmienionym głosem. — Nieprawdaż, panie?
— Być może. Dała mi zapewne w spadku imię — odparł Radwan, nie przerywając swego zajęcia.
— Co to imię! Wszystko panu dała! Swoje oczy, swoje rysy, swój głos nawet! Takie podobieństwo! Takie podobieństwo! Takie podobieństwo! Jakbym ją żywą widział, a przecież to lat trzydzieści, jakeśmy się rozstali! Więc to ojciec pański, Karol Radwan — ha, ha, on ją posiadł, on? Pan powiada, sławny był; zapewne, kobiety lubią sławę, blask — ha, ha!...
Mówił urywkowo, do swych myśli i wspomnień raczej niż do młodego, który na ostatnią uwagę podniósł oczy.
— Sława a blask, nie jedno. Na blask biorą się ćmy, przed sławą mądrości korzy się każdy! — rzekł.
Ale Rahoza za swą myślą szedł i, nie dosłyszawszy przerwy, mówił dalej:
— Czy przynajmniej szczęśliwa była? Czy bez zawodów i trosk było jej życie? Warta była doli dobrej, o warta!
— Pan znał moją matkę? — zagadnął Rafał, znudzony gawędą i nieproszonym gościem.
— Pannę Rafaelę Wilbik! Znała ją cała Moskwa! Córka urzędnika! Ilu naszych było w uniwersytecie, wszyscy w ich domu bywali! Ha, ha! stare dzieje, panie! Prędzejbym się nagiej śmierci spodziewał, niż tego, że tu po latach trzydziestu, spotkam jej syna i że on mi obcym będzie! Dawno pan tutaj?
— Od trzech lat.
— Krewnych pan ma?