Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spektywy świątyń i pałaców, muskulatury, czarci i anioły, wszystko zgmatwane, rzucane jedno na drugie w chwilowej fantazji.
Nad jednem posłaniem był portret szpetnej Finki, czy Czuchonki, nad drugiem ładna kobietka, w efektownym negliżu.
— A toż co za bazgroty! — wykrzyknął Rahoza, wytrzeszczając oczy.
— To robota pańskiego syna — odparła dziewczynka.
Mimowoli stary się roześmiał na widok cudacznych twarzy i kostjumów, wydobył nawet w pomoc okulary.
— Mieszkanko pan mój ogląda! — zapiszczała pani Brzezowa z kurytarza. — Aha i lanszafty pana Feliksa; jest talent, panie mój, jest talent. Co miesiąc bielę ściany, a byle dwa wieczory posiedział, znowu pełno! Taka to u niego w ręku pracowitość. I mnie umieścił, uważa pan, z Żuczkiem, i Leonka jest, i coś tam napisanego pod nią. Ach, Boże mój, oczy nie służą! Leonka, Leonka, co tam stoi pod twoim konterfektem?
Obejrzała się, córka znikła, ale zarazem spostrzegła na krześle futerał od okularów i chwyciła go skwapliwie.
— No, proszę! Pierwszy raz jest coś w porę pod ręką w tym domu. Proszę pana mojego, już co okulary, to najgorzej giną. Zaraz, zaraz przeczytam. Ach, ach, toż pusty futerał, daremna pociecha; ale gdzież mogą być okulary? Osobliwe, osobliwe!
— A toż mój futerał, dobrodziko, a okulary mam na nosie; proszę się nie inkomodować — odparł szlachcic, nie dosłyszawszy początku.