Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czułem się niepotrzebnym, pani! Obraz już prawie gotów i Feliks Rahoza powrócił.
— Cóż on mnie może obchodzić? — szepnęła.
— On, wszak jest pani narzeczonym!
— Pan Feliks? — Podniosła oczy na Rafała, lecz wnet je spuściła. W rączkach bezwiednie kręciła biały kwiatek caprifolium. — Nie kocham go i nigdy nie pokocham. On mi jest niczem!
— Dlaczego, pani?
— Bo kocham już.
W oddali żwirową ulicą ktoś szedł ku altanie. Szedł lekkim, elastycznym krokiem, nucąc zcicha piosenkę.
— Kogo, Anielko? — głos filozofa drżał.
Byłoż to uczucie, czy tryumf, czy niecierpliwość? Dziewczynce dźwięk ten wkradał się do serca, jak pieśń niebiańska.
— Kto tym szczęśliwym? — pytał, a jednocześnie otaczał ją wpół.
Podniosła rękę, jakby się bronić chciała, lecz już ręka nie słuchała woli, miłość zmogła wrodzoną wobec niego nieśmiałość. Objęła szyję młodego człowieka, główką przytuliła mu się do piersi.
Zapanowało długie milczenie. Serce jej kołatało mu pod ręką; oddychała ciężko, rozmarzona, kochająca.
Pochylił się ku niej i, biorąc kwiatek z ręki, zajrzał namiętnie w oczy.
— Pocałuj mię! — szepnął niewyraźnie.
Leniwie jakby, ciężko podniosła skroń z jego ramienia; koralowe usta spoczęły na wargach Rafała...
Sploty caprifolium i powojów u wejścia rozdzieliły się w tejże chwili. W otworze stała smukła, zgrabna postać Feliksa.