Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tuż obok niego piorun trafił w szczyt świerku z ogłuszającym łoskotem i, wężykiem zbiegając ku ziemi, zrył drzewo żywą szramą.
Gniadosz stanął, jak świeca, chrapiąc dziko.
Jeździec ciął go szpicrutą między uszy, pognali szalonym pędem, naoślep.
A twarz Rafała w tem rozpasaniu żywiołów miała wyraz rozkoszy i wielkiej szczęśliwości. Jego to była muzyka, jego biesiada!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tak, w Sarnowie była cisza. Nawałnica jakby pożałowała białego dworu i kwiatów Anielki: deszczem je zrosiła i poszła dalej.
— Nie było pana cały tydzień! — szeptał cichy, gorący głos dziewczynki w altanie z powojów i caprifolium, gdzie ją zastał Rafał.
Kazimierza nie było. Ustrojony w płaszcz nieprzemakalny, poszedł z teką i parasolem w ślad burzy. Chciał ją schwycić i przenieść na płótno w szale i zniszczeniu.
Dzieweczka wymówiła to powitanie bezwiednie. Może nie chciała tak właśnie powiedzieć, lecz się serce rwało ku niemu i tak tęskniła przez ten tydzień.
Stali pod zieloną ścianą altany, ona ze spuszczoną głową, onieśmielona, drżąca; on, trochę roztargniony, natężając słuch, czy wśród dalekich grzmotów nie rozróżni tętentu konia.
A gdyby ten, ten drugi, odłożył wizytę, zastraszony deszczem?
Nie, delikatne ucho Rafała musiało coś dosłyszeć. Wyraz niepewności znikł z twarzy, oczy spoczęły na pochylonej głowie Anielki.