Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Obadwa patrzyli w jedną stronę. Gromadka ludzi rozeszła się w różne strony, zmierzając do szynków i zajazdów. Przez rynek, z głową zwieszoną, potykając się na kupach śmieci i kamieniach, wlokła się i oddalała w przeciwną od nich stronę postać drobna i chuda, odziana w mantylkę zrudziałą i staroświecki pogięty kapelusz.
Miała w jednej ręce parasolkę połamaną, w drugiej woreczek kanwowy, z którego wyglądały papiery.
Jeżeli Rafał jeszcze wątpił, to go do reszty przekonał piesek obłocony i chudy, który za nią szedł kulejąc, ze spuszczonym ogonem i uszami.
Tak, ta wynędzniała żebraczka była to jego dawna gospodyni; ten pies nieokreślonego koloru, z przebitą nogą i zakrwawionem uchem, to był dawny, fertyczny, tęczowy Żuczek.
— Brzezowa? Tutaj?... — powtarzał Radwan, coraz więcej zdumiały. — Osobliwe! Co ona tu robi?
— Nic już nie robi... — rzekł Adam smutno. — Lampka, co jej w mózgu się paliła, zgasła... pamięć odbiegła. Spotkał ją najcięższy dopust Boży: pomieszanie zmysłów!
— Zwarjowała? No, mało jej do tego brakło i dawniej. Ale to mi nie tłumaczy, co ona tu robi?
— Przegrała proces. Gdy otrzymała wyrok, byłem tam jeszcze i przeraziłem się spokojem, z jakim ten cios przyjęła. Popatrzyła na papier i nie rzekła słowa, nie wydała z siebie jęku. Tylko tejże nocy poczęła pisać i pisać, niby skargi, niby prośby, bez sensu już. Wyobraziła sobie, że sprawę, kazano jej zacząć na nowo, od najniższej instancji; potem zdawało się jej, że staje przed sądem i broni swej krzywdy — i już taką została.