Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A córka? Umarła? — zagadnął Rafał.
— Nie. Biedne dziecko! Bez młodości, zdrowia, szczęścia, tego wszystkiego, co każdy z nas miał choć chwilę w życiu! Czyśćcowy żywot od kołyski, znoszony z kamienną, martwą rezygnacją. Po tym ostatnim ciosie jednak wszystko się rozprzęgło. Lokatorowie się wynieśli, nędza straszna zagościła u nich.
— Żebyś to streścił trochę... Wiem i sam, że w takich warunkach dobrobyt nie rośnie. Nie wiem tylko, dlaczego dotąd nie poumierały z głodu. Ty ich utrzymujesz?
— Ja nie mogłem... sam rozumiesz. Napisałem tylko do panny Kazimiery, a ona, zamiast odpowiedzi, sama przyjechała z ojcem. Nie pojmuję, jak go namówiła, ale przyjechał, obejrzał wszystko i zgodził się zaopiekować tą nieszczęsną. Domek jej tu dał w miasteczku na mieszkanie i kilka korcy zboża rocznie. Resztę dokłada panna Kazimiera i ja, ile mogę. I kto, patrząc na tę dolę, będzie jeszcze na swoją narzekał!
— A córka?
— Uczy się. Tej wiosny tu była na tygodni parę, a potem ruszyła w świat, do Genewy na uniwersytet. Ach, żebyś ją widział! Z żalu nad takiem wyniszczeniem mnie łzy do oczu nabiegały.
— Osobliwość, że żyje. Anemja ją żarła i malarja. Nie sądziłem, by wytrzymała. Kamienny organizm! Ha, ha! Gotowa mnie wykierować na złego obserwatora i dobrnąć do celu!
— Nie wierzyłeś, by wytrwała?
— Naturalnie, że nie.
— Pocóż więc ją podniecałeś do walki?
— Przez prostą ciekawość medyczną.