Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak małym kosztem! — rzekł Radwan, odpowiadając rzetelnie na uściski. — Być uwiecznionym, to także coś znaczy! Boję się tylko, czy nie zrobiłem pani przykrości.
— Niech pan nie słucha Kazia. On zawsze bredzi — odparła swobodnie.
— Ładna rekomendacja! — oburzył się artysta.
— Bardzo rada jestem z wyjazdu. Nie cierpię miasta obcego, ciasnoty i tych wizyt tylu! Użyję swobody w Sarnowie. Owszem, wdzięczna jestem panu za przyśpieszenie terminu. Pan Feliks mógł się do nas zastosować, a nie my do niego. Zachciało mu się gimnastykować z tymi Niemcami!
— Ale, a pan nie należy do tej sławnej delegacji? Miał pan być prezesem, słyszałem.
— Honor mnie ominął, a na dobitkę zwichnąłem w ostatniej chwili rękę. Jestem inwalida do niczego.
— Chwała Bogu! Kalectwu może tylko zawdzięczam posiadanie pana.
— O, bynajmniej. Wiele jednak rzeczy stało między mną a państwem. Niezawsze dogadzać wypada swym chęciom.
Anielka spojrzała na niego, zastanawiając się, jakie to były przeszkody. Nazwisko Radwana obiło się jej często o uszy. Kazimierz entuzjazmował się jego pięknością i wybitnym typem nieprzystępnego młodzieńca, Feliks drwił i ośmieszał, widocznie niechętny. Malował jego dzikość i dumę, jego chłód i ponury charakter.
Obadwa zaciekawili dziewczynę i zrobili to, że często myślała o przelotnie widzianym mężczyźnie, częściej, niż się zdawało. Teraz mogła mu się napatrzyć do woli, a on czuł to ciekawe, trwożne spojrzenie i cza-