Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rował ją melodją głębokiego głosu, uśmiechem swobodnym, grą wyrazistej fizjonomji.
Profilem zwrócony do niej, rozkoszował też i zdumiewał Kazimierza wyczerpującą rozmową o sztuce. I to znał i badał i pojął szybko, ze zwykłą sobie bystrością umysłu i rzadkim darem pamięci.
Potem rozmowa przeszła na arcydzieła starych, wygasłych cywilizacji, i Sarneccy umilkli, zasłuchali się, bardzo zajęci i zaciekawieni.
A z ust mruka i odludka płynęła barwna opowieść o starych Indjach sanskryckich, o ich pomnikach i pieśniach, obyczajach i przyrodzie.
Oczy mu promieniały, kańciaste czoło wypogodziło się, z pod ciemnych wąsów błyskały zęby w uśmiechu. Przeistoczony był, a tak porywający wyrazem i wdziękiem, że Kazimierz chwycił węgiel i szkicować go zaczął, a dziewczyna, podniecona i przejęta, w twarz tego potępieńca utkwiła już śmielej oczy i myśli. Zadzierżgnęła się już między nimi tajemnicza nić wrażeń, a w piersi tego demona odzywała się już pewność tryumfu.