Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdziwił i ucieszył, niż jego imiennik, tylekroć proszony i pożądany. Dziękuję, że pan mnie raczył sobie przypomnieć. Pół roku nie odwiedził nas pan. Żeby nie rzadkie spotkania w waszym „Egipcie“ u ojca Fratza, doprawdy zaginęłaby nasza znajomość.
— Właśnie wskutek naszej ostatniej tam rozmowy zgłaszam się osobiście, gdyż znalazłem u siebie ową książkę, o której pan wówczas wspominał, jako o czemś bardzo rzadkiem. Rad jestem, że mogę nią panu służyć.
— Stokrotne dzięki! Proszę pana do pracowni tymczasem, bo w salonie nieład, zwykły przed wyjazdem.
— Państwo w tych dniach wyjeżdżają?
— Zapewne. Zwlekamy dla Rahozy, który prosił, by bez niego nie wyruszać.
Stali w pracowni. Panna Aniela podniosła się z kanapki i ukłoniła zlekka gościowi, z oczyma spuszczonemi.
On też pozornie nie zwracał na nią wielkiej uwagi. Usiadł i ozwał się swobodnie:
— Sądziłem, że państwo wyjeżdżają pierwej i że pojedziemy razem, bo ja też wyruszam w tamtą stronę.
— W stronę Sarnowa? — spytał ciekawie malarz.
— Przed dłuższą i dalszą podróżą wstąpię na kilka tygodni do dawnego kolegi w Rahoźnej. Stamtąd mam zamiar odwiedzić dalekie światy.
— Przez kilka tygodni będzie pan w Rahoźnej? Panie Rafale, ryzykuję dostać jeszcze jedną odmowę, ale pytam: co będzie z moim potępieńcem?
— Czy bez mego udziału obejść się on nie potrafi? — odrzucił Rafał zupełnie wesoło i uprzejmie.
— Jak sztuka bez ideału — nie. Wie pan, od czasu, jakem pana ujrzał ze strzelbą w ręku, w cieniu jodeł,