Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na szpas dla was i owszem! Ale związany jestem słowem z Radwanem. Mamy odbyć ten akt razem.
— Pan Bóg może zatem długo na to czekać, a twoje rodzeństwo i matka wymrze z głodu, jeśli się nie weźmiesz do innej pracy, niż małpowanie Radwana. Ten przynajmniej uczy się w przerwach dysput i gry w karty.
— Ach, te dzieci! Skąd się ich takie mnóstwo bierze na świecie! U mnie tego w domu, jak mrówek!
Franz Ruprecht zrobił grymas komicznej rozpaczy.
— Tego za wiele, a starych, pracowitych dziadków za mało.
— Tak, tak! Ci się nie mnożą! — zaśmiał się Ruprecht cynicznie.
Był to wysoki blondyn, twarzy szerokiej, pokrytej rzadkim zarostem. Włosy, zdawna nietknięte nożycami, spadały na kurtę rozpiętą. Na samym czubie głowy niósł dumnie ponsową czapeczkę. Prętem bił w takt jakiejś piosenki o swe palone buty.
Mrużył oczy, snadź krótkowidz, i rozglądał się na wsze strony.
Późny zmrok letni pokrywał ulice, gaz się spierał z jasnem niebem, gromadki studenckiej młodzi mijały ich co chwila, dążąc w jedną stronę.
Rzucano sobie hasła, pozdrowienia, koncepty, uściśnienia dłoni, przezwiska. Wśród nich Ruprecht szukał kogoś, ścigając wzrokiem odznaki słuchaczy filozofji.
Gorączkowy ruch panował dnia tego wśród tej całej młodzieży bujnej i wesołej, a na ustach każdego było imię Berta Andenberga.
Dobrze być Herostratem, w braku innej sławy.
Ów Bert póty broił, dokazywał i szalał, aż ugrzązł głęboko w głowie policji, stryja, filistrów, dziewcząt